Close

Bądź zdrów – Mózg jak dżojstik

Moje fale mózgowe gasiły gwiazdy, kierowały autem, samolotem, a nawet rzeką. I działo się to nie we śnie, ale w małym gabinecie lekarskim na Wildzie.

– Słyszała pani o biofeedbacku? – pyta mnie pewnego dnia głos w słuchawce. “No tak, dzwoni kolejny szarlatan, który za ciężkie pieniądze obiecuje ludziom cudowne uzdrowienia”, pomyślałam. – To urządzenie, dzięki któremu można ćwiczyć fale mózgowe – kontynuuje głos. – Biofeedback w gabinecie mojej żony to pierwsza taka maszyna w Wielkopolsce. Żona jest neurologiem.

“To jednak lekarz?”, dziwię się i wrzucam hasło “biofeedback” do wyszukiwarki internetowej. Okazuje się, że urządzenie wymyślili Amerykanie z NASA w latach 60. Służyło do szkoleń astronautów, którzy musieli w ogromnym stresie bezbłędnie wykonywać różne czynności. Teraz biofeedbacki można znaleźć w klinikach i poradniach. Ćwiczą na nich osoby nadpobudliwe, zestresowane, po urazach czaszki, cierpiące na depresję, porażenie mózgowe, padaczkę, autyzm. Zdrowi mogą dzięki nim poprawić koncentrację, organizację, wyciszyć się.

– Chce pani spróbować? – odrywa mnie od lektury głos z słuchawki.

Kosmonauci, Małysz, ja

Na ćwiczenie mózgu umawiam się w gabinecie lekarskim Neuro Medica przy ul. Wierzbięcice. – Biofeedback nie jest panaceum na wszystkie dolegliwości – wyjaśnia witająca mnie w drzwiach Jadwiga Kurpiewska-Wachowiak, neurolog i psychoterapeuta. – To metoda wspomagająca leczenie, ucząca panowania nad falami mózgowymi. Nie ma skutków ubocznych, a ćwiczenie jest przyjemne – dodaje.

Czekając na sesję, czytam w broszurkach, że z urządzenia korzystają znani sportowcy, np. Adam Małysz czy Krzysztof Hołowczyc. – Pomaga im się skoncentrować i uspokoić tuż przed wysiłkiem – tłumaczy lekarka.

Przechodzę do gabinetu. Urządzenie nie robi na mnie wrażenia: to dwa, połączone ze sobą, komputery – jeden monitor dla ćwiczącego i drugi dla terapeuty. Siadam na fotelu. Pracownik ośrodka smaruje mi głowę z lewej strony i ucho tłustą mazią i przytwierdza tam kabelki. – Optymiści mówią, że wykorzystujemy 10 proc. możliwości swojego mózgu, pesymiści, że 5 proc. Biofeedback pozwala wykorzystać 30 proc. – informuje lekarka.

Jestem już okablowana. Podaję swoje imię, nazwisko, wiek i ruszamy.

Mózg zamiast myszki

Gdy patrzę, jak uruchamia się program, pani doktor obserwuje moje fale na swoim monitorze. – Ma pani świetną koncentrację – ocenia. – Tylko ten poziom stresu… Musimy go obniżyć, bo inaczej z ćwiczeń nici – dodaje. Na monitorze pojawiają się spadające gwiazdy. – Proszę je śledzić – słyszę. Skupiam wzrok na jednej z nich. – Widzi pani ten czerwony słupek? To stres. Proszę się postarać obniżyć słupek – mówi.

Patrzę na słupek, napinam się i myślę: “No, obniżaj się”. Słupek trochę się obniża i znów podskakuje (krąży wokół 10, a norma to 5 lub 6). Po kilku minutach udaje się. Wydaje mi się, że nie miałam w tym udziału, ale jestem zadowolona. – Zaczynamy ćwiczenia. Będzie pani grała w różne gry i zdobywała punkty. Nie dostanie pani dżojstika ani myszki. Musi pani poradzić sobie bez nich – oznajmia pani doktor. “Ciekawe tylko jak”, dodaję w myślach.

Na monitorze pojawiają się góry, w dole płynie rzeka. Mam falami mózgowymi tak kierować, aby rzekę rozszerzyć. Znów skupiam wzrok. Gdy rzeka się rozszerzy, słyszę dźwięk z komputera – właśnie stukają mi punkty. Po trzech minutach gra się zmienia: kieruję samochodem. Gdy znów się napinam, słyszę: – Proszę się rozluźnić. Ciało śpi, umysł pracuje.

Chociaż pani doktor twierdzi, że idzie mi bardzo dobrze, zaczynam podejrzewać, że ktoś mnie tu nabiera. Bo przecież widzę, że nawet gdy myślę o czymś innym, nadal zdobywam punkty. “Nie mam najmniejszego wpływu na to, co się dzieje. Wszystko zostało zaprogramowane w komputerze, to oszustwo”, myślę. I z takim przekonaniem wyszłabym z gabinetu, gdyby nie… samolot.

Latam, naprawdę latam

Zniechęcona zerkam na ekran i widzę pas startowy. – Musi pani równo lecieć – słyszę instrukcje. Teraz nie napinam mięśni, nie wlepiam oczu w ekran. Patrzę na samolot i przypominam sobie, że kiedyś bardzo chciałam być pilotem. W wyobraźni ustawiam równo skrzydła i lecę. Słyszę jak punkty w szaleńczym tempie wskakują na moje konto. – Załapała pani, o co chodzi. Samolot nie jest zbyt lubiany przez ćwiczących, ale u pani najlepiej działa – cieszy się lekarka.

A ja szybuję. Maszyna reaguje, gdy chcę odrobinę skręcić, gdy wyrównuję. Zaczynam żałować, że za moich czasów nie przyjmowano kobiet do szkoły lotniczej w Dęblinie. Trzy minuty mijają i samolot znika. Pani doktor podłącza znów samochód. – To pani najgorzej szło, teraz powinno być dużo lepiej – mówi. I faktycznie, udaje mi się kierować, choć nie potrafię wytłumaczyć, jak to się dzieje.

Sesja się kończy, proszę o wydruk wyników. – Te dane nic nie pokażą. Za pierwszym razem trzeba się nauczyć, jak pracować. Aby były efekty, potrzeba około 10 sesji – informuje Kurpiewska-Wachowiak. Ale jednego jest pewna. – Byłaby pani trudnym pacjentem przez wysoki poziom stresu. To częste u dziennikarzy – dorzuca.

Ta diagnoza mnie nie uspokaja. Wolno wracam do redakcji i zastanawiam się, czy nie lepiej było zostać pilotem …

link do tego artykułu w internecie:
http://miasta.gazeta.pl/poznan/1,36024,2527928.html